Listy na wyczerpanym papierze

Albo piosenki z miłości...

Jakkolwiek by tego nie nazwać, chodzi po prostu o niezwykle piękną historię pewnej miłości, która zdarzyła się w Polsce (chociaż skale miała globalną) Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora - zakochani, o których czyta się z zazdrością.

Jednak jest coś okrutnie prawdziwego w tym, że najpiękniejsze historie miłosne to te zakończone tragicznie. Tak było też w tym przypadku... Ich romans rozpoczął się nagle, choć kojarzyli się już wcześniej. Wszystko skończyło się też nagle, choć oboje wiedzieli, że koniec nadchodzi. Brzmi nielogicznie, tak. Dlatego trzeba pamiętać, że to dwoje wybitnych artystów polskiej sceny czy też wybitnych artystów po prostu. Oni tak naprawdę od początku doskonale wiedzieli, że to nie ma prawa skończyć się dobrze. Bo w jakim świecie musieliby istnieć, by dwoje takich jak oni - ludzi skrajnie od siebie różnych, z ogromnymi ambicjami i talentem - mogłoby się kochać z łatwością? Chyba nawet utopia jest na to zbyt nierealna. 
Osiecka w swoich listach pisze, że na początku była zakochana w Jeremim "na lipę" - bardziej w słowach jakie tworzył do niej i dla niej - niż w samym mężczyźnie. I właściwie te kilka zdań mogłoby wystarczyć za całe streszczenie tego pięknego romansu... Bo to byli ludzie, którzy nie bali się topić w uczuciach, rzucać się w wir wydarzeń, dać się pochłonąć jakiejś myśli, a jednak do siebie nawzajem podchodzili z niebywałym dla nich dystansem. Czyż nie tak działa instynkt samozachowawczy? 

Na całych jeziorach - ty

Ta dwójka była po prostu niebywała... To wręcz niepoprawne, by tak pięknie pisać o miłości do drugiego człowieka... By kochać mocniej z każdym kolejnym słowem. Oboje zapewnili sobie wzajemną nieśmiertelność, ponieważ w tekstach przybory aż kipi od tej jednej dziewczyny, deszczowej, jesiennej, pięknej - z kolei jej piosenki są właściwie jak opublikowane listy. Ta para jest książkowych przykładem miłości jaką ofiaruje ukochanemu człowiekowi artysta... wraz z tą miłością idzie w parze wieczność, bo to wcale nie tak, że komuś kogo się kocha pisze się jeden list, książkę czy piosenkę. Każde kolejne miasto staje się Portofino i nawet Paryż potrafi wyglądać jak Warszawa.

Powiedziałam, że nie będę czekać - czekałam,
bo czasami chce się do człowieka - ja chciałam...

Trudno jest policzyć jak wiele dzieliło tych ludzi; odległości duże i większe, opinia publiczna, statusy społeczne, zdania na temat poezji, charaktery, przyzwyczajenia, role jakie odgrywali... A jednak kochali się wszystkimi zmysłami i częściami umysłu. Mimo kłótni, nieporozumień, głupot jakie w sobie mieli. Byli naiwni gorzej niż dzieci, a tęsknili za sobą tak pięknie, że aż trudno mi znaleźć wystarczająco ładne porównanie. Wiele można powiedzieć o miłościach tego świata, ale rzadko się zdarza, by były one ładne, a ta między innymi taka właśnie była... 
Najmocniej urzeka mnie jednak ich osobisty pogląd na własne zakochanie. Nie mogli pojąć, jak drugie z nich może patrzeć na nich z taką czułością, dbać o nich tak uroczo i pisać tak pięknie, że urywał się im oddech. Widzieli w sobie ubogie, niedoskonałe (momentami wręcz okropne) wersje samych siebie, dopóki nie przeglądali się w oczach tej drugiej osoby, w których błyszczeli ze wszystkimi swoimi wadami.

Zakochiwali się w słowach... I nic w tym dziwnego. W końcu to najpiękniejsze i najdoskonalsze co może dać artysta swojej ukochanej osobie. 
(Tak, rozstali się, ale tylko teoretycznie... Bo kiedy wsłuchasz się w ich piosenki, poczytasz wiersze i listy, obejrzysz dokładnie każde ze zdjęć jakie sobie wysyłali, będziesz wiedzieć - nie rozstali się nigdy, bo nie potrafili przestać się kochać)

Rurki z kremem (dziś melancholijnie, choć tak jest chyba u mnie zawsze)

Komentarze