Od rapu po historię metalu...czyli na prośbę- mój utytłany krwią nietoperzy gust muzyczny
Ponieważ poproszono mnie o muzykę, więc pomęczę was trochę historią swojego gustu. TA DA DADAAAAAA
Wszystko trzeba zacząć od momentu, kiedy miałem 7 lat *dramatyczna harfa w tle by się przydała. No cóż, jeśli komuś się kręci w głowie to zostaje nam tylko falujący obraz*.
Wtedy moja "koleżanka" pokazała mi polski hip hop, z którym nadal męczę się wspomnieniami. No i jako dziecko słuchałem disco polo.
W szkole podstawowej poznałem rap pokroju Eminema, Snoop Doogg'a i 2pac'a. (ale to jest tak bardzo ciekawe jak oglądanie rozgrywki szachistów...czyli bez kawy nic nie da się zrobić)
Także potem było gimnazjum. Okres życia, w którym kobiety przesłaniały mi wszystkie wzory chemiczne *głęboki wdech*...
...i wywoływanie duchów w damskiej toalecie omal nie spowodowało wywalenia nas ze szkoły. Ale jednak o muzyce!
Pewna koleżanka *w której wyglądzie praktycznie nie widziałem wad,przynajmniej wtedy*, ukazała mi Ozzy'ego Osbournea, który na stałe zagościł w moim serduszku . Więc Mr.Crowley, Crazy Train lub Shot in the Dark na stale zagościły w moim repertuarze muzycznych doznań.
Następnie pogłębialiśmy rozeznanie w zespołach typu Black Sabbath, White Stripes, Metallica, Motörhead *tak, ta czcionka jest specjalnie*, Deep Purple i tak dalej i tak dalej...
I nadchodzi okres Liceum, czyli rozkwit mojej ingerencji w piękne utwory i rozszerzanie horyzontów. Hendrix, Iron Maiden, Dropkick Murphys, PowerWolf, Hunter, Korn
*podejrzewam że ilość przesłuchanych przeze mnie utworów jest większa niż ilość gejowskiego porno na stronie zaczynającej się od P, a kończącej na ornHub*
Jakoś nagle po drugim związku została mi miłość do muzyki alternatywnej. Imagine Dragons, RHCP lub Greta Van fleet.
W tym punkcie dotarliśmy do n-tego związku *również tak udanego jak test reaktora czwartego w Czarnobylu (swoją drogą, skończyłem oglądać i muszę zrobić jakieś małe podsumowanie)*, z którego moje serce powędrowało do rapu. OSTR, Łona i Webber, Hans Solo, Kaliber 44 to już dla mnie swoista klasyka względem polskiego podziemia. Tylko Old School!!!
Mniej więcej w tym momencie *czyli około rok temu* zacząłem uczyć się grać na gitarze. Wtedy okazało się, że moje gusta wędrują znacznie głębiej niż byłem w stanie sądzić. Przede wszystkim Blues i Jazz. Joe Bonamassa, Clapton, B.B King, Mayers- wyprowadzili dla mnie pojmowanie o muzyce na zupełnie nowy poziom (dlatego często nawet jak gram metal...to chętnie dodam do niego trochę bluesa)
Dotarliśmy do 2019 roku, w którym moim ukochanym odkryciem został "Cyrk Deriglasoff". Absolutni geniusze w klasycznym stylu. Skoczne melodie z ciemnym i ciepłym brzmieniem, wesołe teksty zachęcające do słuchania i Olaf. Po prostu Olaf (Były basista Maleńczuka, Homo Twist, członek zespołu "Apteka")
Muszę jeszcze wspomnieć o Lao Che, ale długo by o nich opowiadać.
I jeszcze jedno, czyli Randy Rhoads. Mimo że o metalu już było, to czułbym się winy gdybym nie wspomniał o człowieku, który zmarł już dawno temu, a jego kilka lat w przemyśle muzycznym wyznacza większości gitarzystów drogę do pobudzania wyobraźni. Szczerze? Był to facet, przy którego gitarowych zagrywkach dosłownie zalewałem się łzami. Chyba nie muszę nic więcej mówić.
Jakby ktoś chciał, tu tutaj jest mój cały muzyczny dorobek (aaaaa, jeszcze Tool, ale dla niego brak mi słów)
https://open.spotify.com/playlist/1UGgc81gTCPvMNUbsNuFWi?si=mfxkBqPdTTW6CHL3lhXR3A
(Drugi materiał jak zwykle o 17:00)
Wszystko trzeba zacząć od momentu, kiedy miałem 7 lat *dramatyczna harfa w tle by się przydała. No cóż, jeśli komuś się kręci w głowie to zostaje nam tylko falujący obraz*.
Wtedy moja "koleżanka" pokazała mi polski hip hop, z którym nadal męczę się wspomnieniami. No i jako dziecko słuchałem disco polo.
W szkole podstawowej poznałem rap pokroju Eminema, Snoop Doogg'a i 2pac'a. (ale to jest tak bardzo ciekawe jak oglądanie rozgrywki szachistów...czyli bez kawy nic nie da się zrobić)
Także potem było gimnazjum. Okres życia, w którym kobiety przesłaniały mi wszystkie wzory chemiczne *głęboki wdech*...
...i wywoływanie duchów w damskiej toalecie omal nie spowodowało wywalenia nas ze szkoły. Ale jednak o muzyce!
Pewna koleżanka *w której wyglądzie praktycznie nie widziałem wad,przynajmniej wtedy*, ukazała mi Ozzy'ego Osbournea, który na stałe zagościł w moim serduszku . Więc Mr.Crowley, Crazy Train lub Shot in the Dark na stale zagościły w moim repertuarze muzycznych doznań.
Następnie pogłębialiśmy rozeznanie w zespołach typu Black Sabbath, White Stripes, Metallica, Motörhead *tak, ta czcionka jest specjalnie*, Deep Purple i tak dalej i tak dalej...
I nadchodzi okres Liceum, czyli rozkwit mojej ingerencji w piękne utwory i rozszerzanie horyzontów. Hendrix, Iron Maiden, Dropkick Murphys, PowerWolf, Hunter, Korn
*podejrzewam że ilość przesłuchanych przeze mnie utworów jest większa niż ilość gejowskiego porno na stronie zaczynającej się od P, a kończącej na ornHub*
Jakoś nagle po drugim związku została mi miłość do muzyki alternatywnej. Imagine Dragons, RHCP lub Greta Van fleet.
W tym punkcie dotarliśmy do n-tego związku *również tak udanego jak test reaktora czwartego w Czarnobylu (swoją drogą, skończyłem oglądać i muszę zrobić jakieś małe podsumowanie)*, z którego moje serce powędrowało do rapu. OSTR, Łona i Webber, Hans Solo, Kaliber 44 to już dla mnie swoista klasyka względem polskiego podziemia. Tylko Old School!!!
Mniej więcej w tym momencie *czyli około rok temu* zacząłem uczyć się grać na gitarze. Wtedy okazało się, że moje gusta wędrują znacznie głębiej niż byłem w stanie sądzić. Przede wszystkim Blues i Jazz. Joe Bonamassa, Clapton, B.B King, Mayers- wyprowadzili dla mnie pojmowanie o muzyce na zupełnie nowy poziom (dlatego często nawet jak gram metal...to chętnie dodam do niego trochę bluesa)
Dotarliśmy do 2019 roku, w którym moim ukochanym odkryciem został "Cyrk Deriglasoff". Absolutni geniusze w klasycznym stylu. Skoczne melodie z ciemnym i ciepłym brzmieniem, wesołe teksty zachęcające do słuchania i Olaf. Po prostu Olaf (Były basista Maleńczuka, Homo Twist, członek zespołu "Apteka")
Muszę jeszcze wspomnieć o Lao Che, ale długo by o nich opowiadać.
I jeszcze jedno, czyli Randy Rhoads. Mimo że o metalu już było, to czułbym się winy gdybym nie wspomniał o człowieku, który zmarł już dawno temu, a jego kilka lat w przemyśle muzycznym wyznacza większości gitarzystów drogę do pobudzania wyobraźni. Szczerze? Był to facet, przy którego gitarowych zagrywkach dosłownie zalewałem się łzami. Chyba nie muszę nic więcej mówić.
Jakby ktoś chciał, tu tutaj jest mój cały muzyczny dorobek (aaaaa, jeszcze Tool, ale dla niego brak mi słów)
https://open.spotify.com/playlist/1UGgc81gTCPvMNUbsNuFWi?si=mfxkBqPdTTW6CHL3lhXR3A
(Drugi materiał jak zwykle o 17:00)
To chyba Twój najdłuższy tekst tutaj drogi Spot_graph! I OMG już wiem jak wyglądasz!!!!!
OdpowiedzUsuńJeszcze nic nie wiesz :D
UsuńChyba pęcherz odmówił mi posłuszeństwa. Ja pierdziele, tyle zajebistego gustu w jednym miejscu. Nie wiem czy dalej sikać po nogach czy płakać
OdpowiedzUsuńJeśli starczy ci płynów, to nie ma problemu żebyś wykonywał obydwie czynności
Usuń