"365 dni" - czyli dowód, że niektóre teksty nie powinny opuszczać szuflady
Pisząc ten tekst za oknem wieje tak mocny wiatr i pada taki deszcz, że myślę, że to fanki (albo fanowie równouprawnienie pamiętajcie) Blanki Lipińskiej zesłali na mnie jakiś kataklizm, by ziemia pochłonęła mnie i straciła w najgorszy możliwy sposób. Ja jednak tak się nie dam i schowana pod pościelą porozmawiam dziś z wami o samej Blance Lipińskiej oraz jej twórczości.
Ale pamiętajmy moi drodzy, że każdy ma inny gust, inną opinę, ble ble ble ile ludzi tyle opinii, a teraz wracamy do tego, co tygryski lubią najbardziej, czyli do hejtowania.
Od samego początku miałam bardzo mieszane uczucia co do "365 dni". Ojciec chrzestny Greya? Nie to nie wyjdzie.
Lecz Greya nie czytałam jego ojca chrzestnego również i nic nie zmierza do tego bym, kiedykolwiek popełniła taki grzech.
Możecie mi teraz wygarnąć, że nie powinnam się więc odzywać na ten temat, jednak ja lubię iść pod prąd, dlatego tutaj jestem.
Jeśli nie wiecie, o czym opowiada książka to proszę:
Massimo Toriccelli jest młodym, szalenie przystojnym i szalenie niebezpiecznym szefem sycylijskiej mafii. Pięć lat temu podczas walki bossów został postrzelony i w stanie krytycznym trafił do szpitala. Wtedy, na granicy życia i śmierci, ukazała mu się tajemnicza nieznajoma. Postanowił, że za wszelką cenę będzie jego – w każdym znaczeniu tego słowa.
Laura Biel jest filigranową brunetką, miłośniczką luksusowych marek i znudzoną życiem 29-letnią menedżerką hotelarstwa. Razem ze swoim chłopakiem Martinem i przyjaciółmi wyjeżdża na Sycylię. Wakacje mają naprawić pozbawiony namiętności związek i pomóc odnaleźć sens życia. Laura nie spodziewa się, że na jej drodze stanie najniebezpieczniejszy mężczyzna na Sycylii, który porwie ją, uwięzi, zagrozi śmiercią jej rodzinie i da 365 dni… na pokochanie go. Ale czy tyle wystarczy, by zakochać się w bestii?
"365 dni" to ociekające seksem, brutalnością i luksusem połączenie "Ojca Chrzestnego" z "50 twarzami Greya". Soczyście opisany świat gangsterski, w którym nie ma litości, granic i zasad - poza jedną: ja tu rządzę, a ty musisz być moja.
Ale pamiętajmy moi drodzy, że każdy ma inny gust, inną opinę, ble ble ble ile ludzi tyle opinii, a teraz wracamy do tego, co tygryski lubią najbardziej, czyli do hejtowania.
Od samego początku miałam bardzo mieszane uczucia co do "365 dni". Ojciec chrzestny Greya? Nie to nie wyjdzie.
Lecz Greya nie czytałam jego ojca chrzestnego również i nic nie zmierza do tego bym, kiedykolwiek popełniła taki grzech.
Możecie mi teraz wygarnąć, że nie powinnam się więc odzywać na ten temat, jednak ja lubię iść pod prąd, dlatego tutaj jestem.
Jeśli nie wiecie, o czym opowiada książka to proszę:
Massimo Toriccelli jest młodym, szalenie przystojnym i szalenie niebezpiecznym szefem sycylijskiej mafii. Pięć lat temu podczas walki bossów został postrzelony i w stanie krytycznym trafił do szpitala. Wtedy, na granicy życia i śmierci, ukazała mu się tajemnicza nieznajoma. Postanowił, że za wszelką cenę będzie jego – w każdym znaczeniu tego słowa.
Laura Biel jest filigranową brunetką, miłośniczką luksusowych marek i znudzoną życiem 29-letnią menedżerką hotelarstwa. Razem ze swoim chłopakiem Martinem i przyjaciółmi wyjeżdża na Sycylię. Wakacje mają naprawić pozbawiony namiętności związek i pomóc odnaleźć sens życia. Laura nie spodziewa się, że na jej drodze stanie najniebezpieczniejszy mężczyzna na Sycylii, który porwie ją, uwięzi, zagrozi śmiercią jej rodzinie i da 365 dni… na pokochanie go. Ale czy tyle wystarczy, by zakochać się w bestii?
"365 dni" to ociekające seksem, brutalnością i luksusem połączenie "Ojca Chrzestnego" z "50 twarzami Greya". Soczyście opisany świat gangsterski, w którym nie ma litości, granic i zasad - poza jedną: ja tu rządzę, a ty musisz być moja.
Opis jakby prosto wyjęty z wattpada. I tutaj akurat mówi eksperta, bo kilka lat temu ze swoimi fanfikami o gejach wyszłam wtedy na wyżyny popularności. Jak na 2016 to było coś.
Śmieje się z faktu, że czytają to głównie kobiety 35+, które chyba nie mają zbytnio barwnego życia seksualnego i czytają takie książki, bo "świetnie uświadamia to, co chcą kobiety" (pozdrawiam mamusiu)
Nie jestem jednak do końca przekonana, że jakaś kobieta chciałaby zostać zgwałcona.
Najzabawniejsze jest jednak to, że przekupując różne fora znajdziemy komentarze od właśnie takich pań o treści "takiemu bym wszystko wybaczyła". Przepraszam bardzo, ale jaka jest różnica między gwałtem przez jakiegoś przystojnego Włocha a Janusza z brzuchem piwnym?
No kurwa mać.
Czytałam ostatnio taki artykuł, gdzie sama Blanka Lipińska nie potrafiła doszukać się w swojej książki sceny gwałtu. Tutaj chodzi o scenę ze stewardessą, która została zmuszona do seksu oralnego z szalenie przystojnym i szalenie niebezpiecznym panem Mossino Tortolini.
Stwierdziła, że każda kobieta fantazjuje o stosunku bez zgody, na co wskazują badania.
Kurwa gwałt to gwałt.
Niby taka feministka, która chce pomóc Polakom w swoim życiu seksualnym, ale która nadal pomaga żyć w ciemnogrodzie, gdzie wszyscy myślą, że kobieta powinna być podporządkowana mężczyznom.
To tak nie działa. To, że macie penisy nie oznacza, że wam wszystko wolno, że wam się wszytsko należy. Kobiety też mają uczucia, kobiety to też ludzie.
Jeśli chodzi o film, który swoją premierę miał 7 lutego to nie będę się wypowiadała, bo po pierwsze: aktorzy to aktorzy, oni tylko wykonywali swoją pracę (tutaj za chwilę wrócimy), a po drugie: podobno wszystko zostało złagodzone i bardzo dużo rzeczy zostało zmienionych, więc trochę bez sensu strzępić jeszcze bardziej ryja.
Jak już od razu jesteśmy przy filmie i przy "364 dniach" to powiem o wywiadzie z główną aktorką do Vouge, który został już usunięty a dziennikarz został zwolniony.
Rozumiem, że ta aktorka grała w takim, a nie innym filmem, ale pytanie skierowane do niej typu "lubi pani seks?" to również lekka przesada. Aktor to zawód i ona wykonywała tylko swoją rolę.
Może podam zły przykład, ale to tak jakby podejść do komentatora sportowego i zapytać "uprawia pan sport?".
Przepraszam, ale dzisiaj wychodzę.
Komentarze
Prześlij komentarz