Gen agresji

Od poniedziałku myślałam o nadchodzącym weekendzie, obiecywałam sobie, że odpocznę, odeśpię, zrobię sobie psychiczny luz, ale przez cały tydzień wlokły się za mną wizje i pomysły. Scenariusz, historia, film - obrazy wypełniały moją głowę w każdej chwili, a ja musiałam je odsuwać obiecując sobie, że będę mieć na to czas w weekend. Jeszcze kilka dni i je spiszę, połączę, zrobię coś co jest we mnie od dawna. Nadeszło jednak wolne, a nie ma we mnie słów ani obrazów. Siedzę na łóżku w najwygodniejszych ciuchach świata, przykładam palce do klawiatury i nie dostaje nic.

Wygodnie byłoby nazwać to blokadą twórczą, ale to nie o nią tu chodzi, a moją pieprzoną głupotę. Wiecie, ja nie istnieję sztuki. Bez tworzenia, pisania, układania sobie w głowie klatek, wymyślania historii, które zrealizuję albo które będą żyć we mnie, po prostu mnie nie ma. Mam kompleks samodoskonalenia i jedno, największe marzenie - żeby ktoś kogo kocham całym serduszkiem, nazwał mnie kiedyś artystą. Tyle, że to się nigdy nie wydarzy, bo nie mam najmniejszych szans żeby stworzyć w życiu coś, co powali na kolana ludzi, których zdanie się dla mnie liczy. To nie jest blokada twórcza, brak pomysłu, wyczerpana wena, tylko jakieś fatum, którego nie umiem w sobie zwalczyć. Nie rozumiem dlaczego każdy z moich projektów ma zakończenie, ale całej reszty nie. Dlaczego widzę w głowie plakaty do moich sztuk teatralnych chociaż nawet ich jeszcze nie napisałam? Bardzo bym chciała osiągnąć kiedyś coś wielkiego i śmiać się z tego tekstu, ale nie mam siły dłużej się okłamywać - może mnie to bawić wyłącznie dziś w nocy, kiedy zasnę i wyśnię sobie lepszą wersję siebie samej.

Czuje się strasznie. Niekompletna i nieudana. Mam w sobie kolory, których nie jestem w stanie nikomu pokazać, bo nawet jeśli znajduję siłę, by o nich mówić, to nikt ich nie rozumie. Chciałam napisać dzisiaj lekki tekst o planie na film jakie powstał we mnie wczoraj, o tych powolnych kadrach wypełnionych spojrzeniami, białym, rozmytym ujęciu, o bezruchu, ale po prostu nie mogę. I nawet nie wierzę już, że to dobry pomysł.
Kiedy nie mogę tworzyć budzi się we mnie gen agresji, a do oczu cisną mi się łzy, bo doskonale wiem, że bez swojej sztuki nikim nie jestem i nie mam żadnej wartości. Mam ochotę wyjąć z szuflady wszystkie swoje prace, zatkać nimi łazienkę. Wyrzucić kartę pamięci za okno, patrzeć jak porywa ją wiatr. Podejść do lustra, popatrzeć sobie prosto w oczy i modlić się, że kiedy uderzę w swoje odbicie, też to poczuję i zniknę.

I to jest cholerny paradoks. Ja teraz wiem, że nie mogę przeczytać wszystkich powyższych zdań, tak jak zawsze, kiedy kończę tekst, bo uznałabym je za żałosne, niedostatecznie dobre i usunęłabym cały szkic. Czasami czuję się tak jak teraz kiedy nie jestem sama i wtedy zawsze ktoś zapyta co się dzieje albo czemu moje oczy łzawią. Jeszcze ani razu nie udało mi się wydusić z siebie prawdy, zawsze kłamię albo po prostu milczę odwracając głowę, bo czuje się do tego stopnia beznadziejna, że nawet słowa, w których poprosiłabym o pomoc są dla mnie beznadziejne.
Jestem tak strasznie zmęczona, przepraszam

Rurki z kremem

Komentarze