Optyminimalizm...

Myślałem, że mało co jest w stanie wywrzeć na mnie wrażenie, z którego będę zbierał swoje myśli z podłogi przez najbliższy miesiąc. Ale żeby mi to przypomnieć, moja mama (kocham cię i dziękuję) postanowiła sprawić mi dwa bilety na Andrzeja Poniedzielskiego- i oto w ten sposób mój światopogląd znowu zaliczył wycieczkę wgłąb umysłu. Więc pozwólcie że podzielę się z wami moim doświadczeniem. ( i zdjęcie, które wrzucę poniżej, z całą pewnością określa nastrój tego "felietonu")

Dochodziła godzina siedemnasta, także trzeba było narzucić na siebie coś, co lekko zmieni mój wygląd z punka na personę kuszącą się kulturą wyższą. Mimo że Poniedzielski w głównej mierze jest kojarzony z kabaretem, to jednak wyniósł swoje dzieło na o wiele wyższy poziom- dlatego pomyślałem że chociaż zabiorę marynarkę, z szacunku dla mistrza. Na kwadrans przed "seansem" weszliśmy do kina (które było kiedyś szkołą muzyczną), także pierwszą myślą było zaniesienie kurtek do szatni- która z jakiegoś powodu znajduje się w podziemiach (ładnie urządzonych, ale to i tak bardzo ciekawy sposób aranżacji wnętrza). I w tym momencie, w jakże długiej kolejce minąłem się z samym mistrzem- chciałem się przywitać, ale stres zatkał mi krtań (mój introwertyzm zdecydowanie wdał się we znaki). Robi się coraz ciekawiej- pomyślał jakże mały Krzyś, mijając się z głównym bohaterem dzisiejszego popołudnia. Dlatego Grzecznie odniósł ubrania do szatni i udał się na główną salę (jedyną jaka jest, ale ilość schodów mogłaby prowadzić do co najmniej stu takich). Zajęliśmy miejsca, a moim oczom zamiast wielkiego przepychu okalającego sceny, ukazało się zwykłe krzesło (takie jak na audycjach muzycznych albo w tanich barach z dość wysokim blatem) i stolik przykryty błyszczącym obrusem, ze szklanką wody napełnioną do połowy (albo w połowie pustą- taki wniosek z występu także można wysnuć). Nie mniej ni więcej, czysty minimalizm, który za kilka minut miał stanowić tylko "kostkę do gitary wprawionego muzyka".

Wszedł na scenę, światła przygasły a dwa reflektory skierowały swoje brzmienie na jego postać- cienką, doświadczoną i ubraną w pasujący do niego garnitur, któremu brązowe pantofle dodawały uroku i elegancji (brązowy, bo nie znam się aż tak dobrze na kolorach. Chociaż celował bym w klon). Wzrok powiódł po widowni, na twarzy pojawił się lekki uśmiech- o ile uśmiechem można go było nazwać, na początku przynajmniej- po czym usiadł, jedną rękę kładąc na swoim udzie, a drugą na statywie mikrofonu, który znajdował się wprost przed nim, statywem zjeżdżając w kierunku stołu. I pojawiło się to proste "Ehhhh...", które praktycznie z marszu wywołało śmiech na całej widowni, pomijając niektóre postacie- w tym mnie. 

Ten głos, którym można by czytać mowy pogrzebowe (podejrzewam że sam Bóg weźmie go na czytanie formułek sądu ostatecznego- co akurat by mu się ceniło. Bogu, nie Poniedzielskiemu) spowodował u mnie dreszcze, a zmysły doznały jawnego wyostrzenia. To był ten głos- zapadający w pamięć i dający do myślenia. Ciężko tu było szukać żartów typowych dla stereotypu polskiego widza kabaretowego- dlatego nawiązywałem do kultury wysokiej. Bez stereotypów, inwektyw i zapożyczania stygmatów polskiego społeczeństwa (tam, gdzie chłop się za babę przebrał), a i tak porwał cały tłum i stanowił sznurki, którymi sterował marionetkami naszych myśli (tutaj można wyszukać sobie plakat z Ojca Chrzestnego). Było mnóstwo wyważonych historii z mądrą puentą, cała masa ciętych ripost i nawiązań do obecnej sytuacji otaczającego nas państwa. I wszyscy się śmiali- poza mną. I nie zrozumcie mnie źle, nie potrafiłem się śmiać. Cały występ był pokarmem dla duszy, nie dla ciała. Moje ciało co chwila operowało łzami, nie wierząc w to, co w tym momencie widziało. 

Zobaczyłem jak Pan Andrzej świetnie operuje językiem. Do perfekcji wręcz. Nie wiedziałem że tak się da. Każde słowo było wyważone, każdy oddech był przemyślany, a zagrywki mające na celu rozśmieszyć widza- za każdym razem trafiały w samo sedno.

I tutaj z zaszczytem mogę opowiedzieć o przerywnikach, kunsztownie dodających występowi "chwili na refleksję"- czyli o muzyce. Perfekcja, w najczystszym tego słowa znaczeniu. Wyniesienie poezji na najwyższy poziom, kończące się zazwyczaj lekkimi zakończeniami, tworzącymi uśmiech na twarzy publiczności. Oczywiście wszystko w cudownych kompozycjach, które na zmianę wywoływały śmiech i łzy. I ten głoś- niski, stanowczy z dużą nutą wibracji. Wtedy nie miałem słów na opisanie tego, teraz też nie mam- po prostu są sytuacje, których słowa nie mogą nawet w małym stopniu oddać dla empatii czytelnika. Jedynym minusem jakiego miałem okazję doznać, to zbyt krótki występ i telefony, które właściciele zapomnieli chociaż wyciszyć- w każdym razie taką mam nadzieję.

I nastał koniec przedstawienia, który nie omieszkał się bez bisu. (Ponieważ Poniedzielski nie lubi chodzić raz po raz zza kurtyny, postanowił na odwalić dodatkowy występ "na jedno kopyto").

Nastał koniec, zawsze nadchodzi- jakkolwiek chcielibyśmy zatrzymać drogocenną chwilę chociaż o kilka sekund dłużej. 

Więc wyszliśmy z sali, wszyscy ze szczerym uśmiechem i bolącymi przeponami- od śmiechu oczywiście. Więc znowu trzeba było kierować się tam, gdzie każdy z nas wyląduje za jakiś czas- ale tym razem z numerkiem od wieszaka, a nie dębową trumną. Ja poszedłem, a moja mama w ramach niespodzianki postanowiła kupić płytę jakże świetnego wykonawcy. Także kiedy wróciłem, stanąłem w kolejce po autograf- niczego więcej nie chciałem. W tym momencie coś mi uderzyło do głowy- walka z własną nieśmiałością. (Tutaj mała dygresja. Zawsze chciałem być dziennikarzem- a właściwie po spróbowaniu różnych dróg rozwoju, od liceum o profilu prawniczym, po fotografię na szkole dla masażystów kończąc. Ale moim problemem jest nieśmiałość. Wiecie, za ekranem zawsze łatwiej jest dzielić się sobą. Twarzą w twarz jest o wiele ciężej- ze zwykłym człowiekiem. A kiedy kilka centymetrów od ciebie znajduje się osoba, z której pragniesz czerpać jak najwięcej, to robi się jeszcze gorzej. Także moja głowa postanowiła odmówić posłuszeństwa i stanąłem na wprost jednego z ludzi, którzy mimo dość małej popularności względem świata, na zawsze zapadną nam w pamięć). Dałem dwa kroki do przodu, wyciągnąłem jedną rękę na przywitanie, drugą z płytą- dla podpisu.
I nagle z moich ust zaczęła się mała rozmowa, Powiedziałem że prowadzę dość małego bloga dla młodzieży i chciałbym przeprowadzić z Panem mały wywiad. Kilka małych żartów- okazało się, że mamy dość podobny stopień humoru, okalanego melancholią. Niestety nie miał czasu. Po prostu musiał uciekać. 

W sumie go rozumiałem, w końcu musiał mieć dość napięty grafik w swojej trasie. Ale zrobił coś, czego nie zapomnę. Spojrzał się na mnie z lekkim uśmiechem, po czym wziął płytę ponownie i dopisał do niej swój kontakt, żebyśmy przy następnej okazji mogli swobodnie porozmawiać. I tego nie zapomnę. Tego, że musimy dążyć do swoich celów, bo same nie pojawią nam się przed oczami.

Więc zrobiłem coś dla siebie "sobie-zrobię". I szczerze, to było jedno z najlepszych spotkań i występów, na jakich miałem możliwość się pojawić.


(Na dole macie moją dziwną minę ze spotkania. Po raz pierwszy nie kontrolowałem swoich reakcji)


P.S. Może Pan to kiedyś przeczyta, także dziękuje. Za świetny występ, cudowną muzykę. I za to jaki Pan jest i za to, że wierzy Pan w ludzi. Jeszcze raz dziękuje *w tym momencie mały Krzyś kłania się swojej publiczności i spogląda na płytę swojego idola, którą zawsze będzie miał blisko siebie*

Komentarze