It ends with us


Co noc płaczę w poduszkę, szepcząc: ,,Po prostu płyń dalej". Ale bardzo trudno się płynie, kiedy masz wrażenie, że jakaś kotwica trzyma cię w miejscu. - Te dwa zdania wryły mi się w serce jak drewniane serduszko. Na kilka godzin tej niedzieli pozwoliły mi oddychać bez tchu, a może nawet zapomnieć, ale tylko po to, żebym trzymała je w sobie jeszcze dłużej. Kiedy opublikuję ten tekst pewnie będzie wtorek czyli dzień drugi od kiedy przeczytałam kolejną książkę Hoover, która postanowiła mnie zniszczyć, zbudować na nowo i utwierdzić w tym kim jestem.

"It ends with us" to moje siódme spotkanie z Colleen Hoover. Wydawało mi się, że jestem na nie przygotowana. Tyle zwrotów akcji, zniszczonych wizji, czy zaskoczeń, sprawiła mi ta kobieta w swoich dotychczasowych książkach, które przeczytałam, że byłam pewna "Tym razem dam radę". Nie dałam. Moje serce jest kompletnie rozsypane, roztrzaskane na tysiące smutnych kawałków, które pewnie dalej się łamią. Albo uciekły? Waham się - nadal mam zrozpaczone serce czy też uciekło ode mnie gdzieś daleko? Na jego miejscu bym uciekła, zaszyła się, nigdy nie planowała powrotu. 

Chciałam napisać poważną, analityczną recenzję, ale do tego musiałabym chociaż trochę nakreślić fabułę albo bohaterów, a nie jestem w stanie podejść do takiej historii obiektywnie. Uważam, że jest to pozycja obowiązkowa wszystkich dziewczyn, zanim staną się kobietami oraz wszystkich kobiet, których dręczy myśl brzmiąca "Co by było gdyby?" Oczywiście, że nie jest to żadne pieprzony poradnik ani książka Twojego kolejnego duchowego przewodnika, ale czytając myślałam o tym, że ktoś mnie naprawdę rozumie. Mętlik w mojej głowie, wszystkie pragnienia, większość kotłujących się myśli - tak ze sobą sprzecznych. Świadomość zrozumienia jakie daje ta książka jest po prostu bezcenna.
Tak, jestem teraz ponownie chora na mój romantyzm. Tak, chce swojego ******. Tak, najbliższe miesiące upłyną mi na książkowych wyobrażeniach własnej historii, ale pieprzę to. Pieprzę. Ja właśnie taka chce być. Dostrzegać w ludziach to co najpiękniejsze, widzieć ich złe cechy ale je olewać, jeśli tylko wiem, że są tego warci. Chce kochać całym sercem, wspierać i tęsknić za tymi, których mi brakuje. Nie być sobą chociaż na kilka godzin w ciągu dnia, dać się wciągnąć w opowieść taką jak ta, odczuwać wszystko poza sobą samą.
Oczywiście, że uciekanie w książki nie jest żadnym wyjściem, ale kiedy staje się jedyną droga jaką mam - biorę w tabletkach, płynie i dożylnie. Chce przestać zasypiać myśląc o tym jaka jestem smutna, wolę kłaść się do snu myśląc o moich książkowych chłopcach, o tym co by było gdybym mogła mieć jednego z nich przy sobie.

Bo to nie tak, że najbardziej boli mnie powrót do życia z książkowego świata. Najbardziej boli mnie to, że miałam swojego książkowego chłopca, ale pozwoliłam mu odejść. Dałam mu przestrzeń nie wiedząc, że pozwalam mu tym samym myśleć, iż dam sobie bez niego radę, a nawet będzie mi lżej. On i ja...byliśmy, jesteśmy - skomplikowani bardziej niż niejedna książka, wiem o tym. Może nawet trafiła nam się ta ze smutnym zakończeniem? Ciągle jednak przewracam nasze kartki w nadziei na kolejną część - nawet jeśli główna bohaterka jest na to zbyt głupia.

W najbliższym czasie pewnie będę gadać o książkach,
Rurki z kremem


Komentarze