Nuriejew Biały Kruk
Kinematografia zna wiele historii o tańcu. Co roku
możemy napotkać nowy film z tą samą fabułą, w której młoda
baletnica zakochuje się w ulicznym tancerzu z Brooklynu. Niestety
geneza tych filmów jest taka, że młodzi bohaterowi odgrywają
główne role w swoich wzajemnych podbojach miłosnych, a nie na
scenie. Taniec jest tam jak drugoplanowa postać, nie da się nim
nasycić oczu czy uszu, bo zwyczajnie go nie ma. Osobiście uważam
to za ogromny błąd i zadaje sobie pytanie, po co robić filmy o
balecie bez baletu? Niestety odpowiedź jest stosunkowo prosta. Balet
jest przerażający. To nie tylko taniec, ale też sport i
niewyobrażalne emocje, które – choć są widoczne na pierwszy
rzut oka – bardzo trudno uchwycić nie krzywdząc ich. I może
właśnie dlatego obok tego typu pełnometrażowych produkcji tkwią
kategorie pt. „dramat” i „thriller”, tak jak w przypadku
„Białego kruka”.
Jest to współczesny, pełnometrażowy film z 2018
roku, choć jego gwiazdą jest legenda XX wieku, Rudolf Nuriejew –
jeden z najsłynniejszych tancerzy w historii. „The white crow”
to produkcja fabularna, ale przede wszystkim biografia Rosjanina,
który był świadomy własnej wyjątkowości. Nuriejew to postać
historyczna, współczesna ikona, prekursor oszałamiającego baletu,
człowiek o powalającym poczuciu własnej wartości, które
zaprowadziło go na szczyt.
W główną rolę wcielił się, debiutujący na
ekranie, Olaf Ivenko, którego chętnie obejrzałabym w podobnej
produkcji. Jego gra spojrzeń, mowa ciała, momentami sztuczny i
przesadzony akcent, mają w sobie coś, co fascynuje nie pozwalając
oderwać oczu od ekranu. Obok niego gra Ralph Fiennes będący
jednocześnie Pushkinem i reżyserem. Jest to przykład udanego duetu
„aktor, reżyser” w jednej osobie. Fiennes jest charakterystyczny
swoim zatapianiem się w aktualną rolę. Można go kojarzyć jako
Lorda Voldemorta z serii o Harrym Potterze, Heathcliffa z „Wichrowych
wzgórz” albo psychopatycznego Francisa, zagranego u boku Hopkinsa
w „Czerwonym smoku”. Tym razem również udaje mu się zagrać
szczerą, złożoną postać – jest wyniosłym, zimnym
baletmistrzem jednocześnie pokazując niezwykłą uczuciowość, a
nawet wzruszenie. Sceny z jego udziałem ogląda się jak
zdumiewającą lekcję aktorstwa, zwłaszcza znając jego poprzedni
dorobek artystyczny.
Jednak mimo inspirującej i zdumiewającej historii
Rudolfa Nuriejewa, największą uwagę skupia się na jego talencie
tanecznym oraz muzyce, która temu towarzyszy. Te dźwięki mogę z
łatwością zaliczyć do muzyki, którą można się upić. Ma ona w
sobie dynamikę, ptasią lekkość, nieposkromienie, a także
charyzmę głównego bohatera. Towarzyszy nie tylko scenom tańca czy
ćwiczeń, ale też cichym kadrom i krajobrazom. Niezależnie od tego
co widzimy na ekranie, odczuwa się ją wszystkimi zmysłami, bo
wydaje się nawet mieć smak – smak wolności.
„Biały kruk” to film ciekawy historycznie, bogaty w
fabułę, a przy tym posiadający wiele walorów czysto
artystycznych. Nie trzeba być tancerzem, by go zrozumieć i to zdaje
się być w nim najlepsze. Wpisuje się w kanwę kina alternatywnego,
ale można postawić go obok siostrzanego gatunkowo, choć znacznie
bardziej psychodelicznego, „Czarnego łabędzia”, nawet jeśli
postać Olafa Ivenko nie może się równać z psychodeliczną
kreacją Natalie Portman. Nie mniej jednak uważam, że jest to film
wartościowy w doświadczenia, oryginalny i udowadniający, że nie
trzeba wplatać w fabułę tajnych służb i spisków jak w
„Czerwonej jaskółce”, by zaciekawić baletem. Z kolei
historycznie jest to po prostu historia gwiazdy o niewyobrażalnym
pragnieniu wolności jaką dawał balet. Może właśnie stąd te
wszystkie ptaki w tytułach.
Rurki z kremem dzisiaj jakoś tak poważnie... Czasem chyba takie recenzje na "ą" też wrzucę.

Komentarze
Prześlij komentarz