Proszę usiąść na krześle
Czasem siadam przed komputerem, włączam plik i patrzę. Na klawisze, ekran. Obserwuję wszystko tak dokładnie, jakby za chwilę miał się pojawić idealny tekst, przy którym i ja się nie napracuję a wyświetlenia same przyjdą. Nie, nigdy tak nie jest, jakby ktoś chciał wiedzieć.
Po prostu sobie siedzę w ciemnym pokoju, słucham muzyki na całą głośność (by odstraszyć wszystkie złe demony) i patrzę w pusty plik. Potem przenoszę wzrok na tablicę korkową, gdzie wisi karteczka "Nie garb się!", moja lista To do (która sobie po prostu wisi, jak moja motywacja do czegokolwiek), kilka kapsli z Tymbarka, jakaś kartka, że jestem zajebista, którą mam z durnych warsztatów "psychologicznych" oraz Matka Boska, którą dostałam od jakiejś siostry. Robię znak krzyża, który ma być moją wyraźną prośbą o natchnienie.
Ale zawsze czegoś mi czegoś brakuje. Czegoś co będzie moją weną, coś co usiądzie na dupie, spojrzy na mnie a ja wykrzyknę nagle "Eureka" i nagły, boski przypływ weny przeszyje mnie od stóp do głów.
Zawsze mam w pokoju dodatkowe krzesło, gdyby takie coś postanowiło do mnie przyjść nawet o trzeciej nad ranem. Jak widać, jeszcze nie skorzystało.
Może po prostu przyznam, że potrzebuję Kogoś. Kogoś takiego, kto będzie siadał na tym jebanym krześle o tej trzeciej w nocy, patrzył na mnie, a ja krzyknę "Eureka" i przeszyje mnie od stóp do głów nagły, boski przypływ weny. Potrzebuję Kogoś kto samym byciem będzie mnie motywował do wstania z łóżka i ogarnięcia się. Potrzebuję Kogoś, kto nie będzie Dawidem Podsiadło ani Timothee Chalamet, tylko zwykłym gościem.
Jakbym miała pisać przez całą swoją działalność tutaj o Dawidzie to myślę, że zostanę prędzej wypieprzona stąd. Tak samo z Timothee, chociaż jeszcze nie było o nim nic. Gdybym jednak już zaczęła to bym na nikogo miejscu nie myślała, że szybko skończę. Wręcz przeciwnie, ja bym się dopiero zaczęła rozkręcać.
Mężczyźni to taki przeżarty temat. Taki nudny i zdaje się aż, że przeleciany od góry do dołu. Jednak bez nich mnie, by tutaj nie było. Każdy mój tekst jest zapoczątkowany myślą o facecie. Pisząc jeden tekst (na samym początku podróży czyli przed treningiem) nie miałam myśli o żadnej Pameli tylko o moim wuefiście i mam cholerne wrażenie, że to zdanie wyszło w ciul obrzydliwie. Myśłam sobie, że mu w następnej klasie pokażę jaka mogę być jeszcze zajebista w bieganiu, skakaniu i wielu różnych dziwnych rzeczach, które się robi na wychowaniu fizycznym.
Szybko przeliczmy sobie ile razy napisałam o facetach. Był Dawid, chłopak z kościoła, dziwni mężczyzno-podobni, było spalone toruńskie ciacho, był chłopak spod przystanka... Nie no jego (jeszcze) nie było.
Każdy wpis o kimś innym, nie ma jednej takiej osoby, która mogłaby mi wystraczyć do końca życia. A potrzebuję jej. Sama się pomału nudzę, szukająć inspiracji w każdym człowieku płci przeciwnej. Jednak wiem, że nadal każdy mój tekst będzie o nich, bo inaczej nie potrafię. Ale pomału kończą mi się faceci (ups), więc jestem w podwójnej dupie. Czuję się sama w sobie taka nudna, że aż śmieszna. Ej, no przepraszam, ale ja wychodzę tutaj na chorą psychicznie albo na nieźle zdesperowaną.
Więc, by to zakończyć proszę usiąść na tym jebanym krześle.
Po prostu sobie siedzę w ciemnym pokoju, słucham muzyki na całą głośność (by odstraszyć wszystkie złe demony) i patrzę w pusty plik. Potem przenoszę wzrok na tablicę korkową, gdzie wisi karteczka "Nie garb się!", moja lista To do (która sobie po prostu wisi, jak moja motywacja do czegokolwiek), kilka kapsli z Tymbarka, jakaś kartka, że jestem zajebista, którą mam z durnych warsztatów "psychologicznych" oraz Matka Boska, którą dostałam od jakiejś siostry. Robię znak krzyża, który ma być moją wyraźną prośbą o natchnienie.
Ale zawsze czegoś mi czegoś brakuje. Czegoś co będzie moją weną, coś co usiądzie na dupie, spojrzy na mnie a ja wykrzyknę nagle "Eureka" i nagły, boski przypływ weny przeszyje mnie od stóp do głów.
Zawsze mam w pokoju dodatkowe krzesło, gdyby takie coś postanowiło do mnie przyjść nawet o trzeciej nad ranem. Jak widać, jeszcze nie skorzystało.
Może po prostu przyznam, że potrzebuję Kogoś. Kogoś takiego, kto będzie siadał na tym jebanym krześle o tej trzeciej w nocy, patrzył na mnie, a ja krzyknę "Eureka" i przeszyje mnie od stóp do głów nagły, boski przypływ weny. Potrzebuję Kogoś kto samym byciem będzie mnie motywował do wstania z łóżka i ogarnięcia się. Potrzebuję Kogoś, kto nie będzie Dawidem Podsiadło ani Timothee Chalamet, tylko zwykłym gościem.
Jakbym miała pisać przez całą swoją działalność tutaj o Dawidzie to myślę, że zostanę prędzej wypieprzona stąd. Tak samo z Timothee, chociaż jeszcze nie było o nim nic. Gdybym jednak już zaczęła to bym na nikogo miejscu nie myślała, że szybko skończę. Wręcz przeciwnie, ja bym się dopiero zaczęła rozkręcać.
Mężczyźni to taki przeżarty temat. Taki nudny i zdaje się aż, że przeleciany od góry do dołu. Jednak bez nich mnie, by tutaj nie było. Każdy mój tekst jest zapoczątkowany myślą o facecie. Pisząc jeden tekst (na samym początku podróży czyli przed treningiem) nie miałam myśli o żadnej Pameli tylko o moim wuefiście i mam cholerne wrażenie, że to zdanie wyszło w ciul obrzydliwie. Myśłam sobie, że mu w następnej klasie pokażę jaka mogę być jeszcze zajebista w bieganiu, skakaniu i wielu różnych dziwnych rzeczach, które się robi na wychowaniu fizycznym.
Szybko przeliczmy sobie ile razy napisałam o facetach. Był Dawid, chłopak z kościoła, dziwni mężczyzno-podobni, było spalone toruńskie ciacho, był chłopak spod przystanka... Nie no jego (jeszcze) nie było.
Każdy wpis o kimś innym, nie ma jednej takiej osoby, która mogłaby mi wystraczyć do końca życia. A potrzebuję jej. Sama się pomału nudzę, szukająć inspiracji w każdym człowieku płci przeciwnej. Jednak wiem, że nadal każdy mój tekst będzie o nich, bo inaczej nie potrafię. Ale pomału kończą mi się faceci (ups), więc jestem w podwójnej dupie. Czuję się sama w sobie taka nudna, że aż śmieszna. Ej, no przepraszam, ale ja wychodzę tutaj na chorą psychicznie albo na nieźle zdesperowaną.
Więc, by to zakończyć proszę usiąść na tym jebanym krześle.
Komentarze
Prześlij komentarz