Nieznajomi

To było coś  niezwykłego. Nie wiedziałam jak Ty masz na imię, a Ty nie wiedziałeś jak ja mam. Nie wiedziałeś, do której szkoły chodzę. Ja się domyśliłam, bo szedłeś codziennie w jedną stronę, gdzie jest tylko jedna szkoła. Nie wiedziałam o ile jesteś starszy i czy w ogóle jesteś. Nie wiedziałeś o ile jestem młodsza i czy w ogóle jestem. Byliśmy dla siebie tylko Nieznajomymi, a jednak czułam, że z każdym dniem jesteśmy coraz bliżej (może to dlatego, że każdego dnia, próbowałam się przysunąć do Ciebie chociaż o milimetr?)

Zaczęłam nawet zapisywać w notatniku kiedy cię mijam i zaczęłam specjalnie wychodzić wcześniej, by się przygotować na nasze kilku sekundowe spotkanie.
Poniedziałek: 8. 27
Wtorek: 7.49
Środa: 7.16
Czwartek: 8.05

Jednak tylko w piątki nigdy się nie minęliśmy. Wyszło mi to na dobre, bo idąc z walizką rano jestem w stanie kogoś zabić. Jednak to nie powstrzymywało mnie, by o Tobie nie myśleć. Zastanawiałam się, o której masz lekcje, o której kończysz? Przez to, że mam wtyki w liceum, do którego chodziłeś mogłam z łatwością powiedzieć, o której zaczynasz zajęcia. (I dosłownie teraz do mnie doszło, że jakbym była bystrzejsza mogłam również dowiedzieć się do której klasy chodzisz)

We wrześniu niczym się nie wyróżniałeś. Byłeś tylko Nieznajomym, który przechodził koło mnie gdy czekałam na autobus. Potem zaczęłam coraz później wychodzić przez co nasze spotkania zaczęły sprowadzać się pod akademie.

Gdy raz jeden wyszłam, zdecydowanie za późno zobaczyłam jak znikasz za budynkiem. Nasunęła mi się nawet myśl, by za Tobą pójść i tak już nie zdążyłabym na mój autobus, a co za tym idzie spóźniłabym  się na mój ulubiony przedmiot (wychowanie fizyczne). I faktycznie skręciłam w prawo zamiast w lewo, ale po 20 metrach stwierdziłam, że to głupie. Bo Ty na pewno chodzisz do tego liceum, a nie do żadnego katolickiego, gdzie musiałbyś iść na tramwaj. Nie wyglądałeś mi na takiego. Jednak ja sama zachowuję się i wyglądam na osobę, która w związku z Bogiem ogranicza się tylko do łamania drugiego przykazania.

Milion razy zastanawiałam się, co by było gybym zaczęła się do Ciebie uśmiechać. Czy uważałbyś mnie za wariatkę? Albo co by się stało, gdybym pewnego dnia stanęła przed Tobą i uśmiechnięta (bez żadnego stresu) powiedziała "Cześć, jestem Emilia"?
Chciałam wiedzieć co robisz po szkole, o której z niej wracasz, czy masz kogoś, czy czasem na mnie spoglądasz i myślisz sobie "Widzę cię codziennie"?

Zaczynam tak cholernie żałować, że nie zaczęłam się uśmiechać, że nie wykonałam żadnego kroku wobec Ciebie, a myśl, że możemy się już nigdy nie minąć przy przystanku wywołuje u mnie coraz większe poczucie winy.
Mógł to być Twój ostatni rok w liceum a nawet jeśli nie to prawdopodobieństwo, że dostaniesz w następnym roku taki plan zajęć, że codziennie mogłabym patrzeć na Twoje złote loki jest bliska zeru.

A może to lepiej? Jakby miało to iść w jakimś kierunku nie tylko mi by zależało. Przecież Ty również mogłeś wykonać pierwszy krok. Przecież to Ty mogłeś stanąć i uśmiechnięty powiedzieć "Cześć". Przecież to Ty mogłeś w piątki zastanawiać się o której zaczynam lekcj, o której kończę i czy mieszkam w okolicy?

Ale jaki w tym sens, gdy jesteśmy tylko Nieznajomymi?

Komentarze