Odrealnienie
Porozmawiajmy o rozczarowaniu.
O tym jak przygnębiające jest to zgniłe uczucie i jak straszne jest to, że powstaje wyłącznie pod wpływem jakiś oczekiwań, nadziei. Gdyby rozczarowanie miało kolor, zazwyczaj przybierałoby barwę niesympatycznej, zgniłej zieleni, bynajmniej nie modnej. Najgorsze jednak jest to, że żeby je poczuć potrzeba nam solidnej łyżki urojenia, półtora łyżeczki wymyślonych scenariuszy, szczyptę naiwności i gram słabości, ewentualnie głupoty - zależnie od sytuacji.
Obudziłam się dzisiaj niemożliwie wręcz wcześnie, zrobiłam z siebie twór zdolny do oglądania przez innych ludzi i wybiegłam z domu - na spotkanie, do lekarza, z listą zakupów w jednej ręce i kawą w drugiej, bo jak zwykle zachorowałam na paniczny lęk przed spóźnieniem. Cały dzień miałam wypchany, wszystko zaplanowane...a i tak myślałam tylko o tym, dlaczego się do mnie nie odzywa. Znowu. Nawet kiedy podkręciłam muzykę na słuchawkach tak, że słyszał mnie cały tramwaj, w przerwie między piosenkami rodziła się moja myśl o Nim i jakimś trafem nie umierała. Ot, absolut.
I jakoś tak wyszło... sama nie umiem teraz stwierdzić czemu, skąd ani kiedy dokładnie. Ale gdzieś pomiędzy troszkę większym milczeniem mojej siostry niż zwykle, gdzieś pomiędzy telefonem, że za kilkanaście minut będziemy w domu, gdzieś pomiędzy odmową na zaproponowaną szybką kawę, gdzieś wtedy właśnie, uroiłam sobie, że On przyjechał. Najnormalniej w świecie; może pociągiem i potem autobusem, może autokarem, a może spontanicznie ze znajomym, w aucie.
Uroiłam sobie to, jakimś cudem łącząc te wszystkie malutkie rzeczy i zachowania odbiegające od rzeczywistości i kiedy pojawiłam się przed drzwiami wejściowymi do własnego domu nie mogłam oprzeć się rosnącej we mnie nadziei. To dlatego się nie odzywa, to dlatego to wszystko ostatnio!
Ale nie.
Nacisnęłam klamkę, weszłam do środka i spotkałam się z odrażającą wręcz normalnością. Ze spokojem. Podczas gdy chciałam zobaczyć jak oczy mojej mamy błyszczą się z ekscytacji, a która usilnie stara się odegrać przede mną zupełnie zwyczajne popołudnie. Przełknęłam wtedy pierwszą falę goryczy, by wychodząc po schodach znowu okłamać się, że no tak! Przecież u mnie, na pewno...
Ale nie. Tam też nie.
Tylko laptop, pranie, książki. Chociaż - głupia - odważyłam się nawet zajrzeć pod łóżko.
W taki właśnie sposób, całkiem udany dzień kończę w okrutnym zielonym.
Zupełnie absurdalnym, co nie czyni go niestety mniej dotkliwym, mniej... Realnym.
I to wcale nie tak, że nagle o wszystkim zapomniałam - o jego obowiązkach, bliskich, znajomych, przyjemnościach. Nie zapomniałam też tego, że zapowiedział mi, że nigdy nie wejdzie do mojego domu, ani tego, że nie cierpi niespodzianek. Po prostu przez kilkanaście minut jazdy samochodem wydawało mi się jakby to wszystko mogło przestać być na chwilę ważniejsze ode mnie. Wydawało mi się, że możliwym jest spędzić z nim piątek przy herbacie, jak przyjaciele. Dziwni, trudni, skomplikowani, połamani, ale jednak przyjaciele.
Tymczasem nie mam ani tego, ani cichutkiej myśli, że to mogłoby się zdarzyć. Już nie.
Z zielonego przechodzę w blady, bardzo jasny niebieski. Bo zamiast rozczarowania pojawił się smutek,
"Jesteś najważniejsza/Zawsze będziesz jedną z najważniejszych osób w moim życiu/Nie jesteś częścią mojej duszy, jesteś moją duszą/Jesteś jak moja młodsza siostra/Nawet jak nie mam czasu to mam dla ciebie chwilę/Napiszę jak tylko będę mógł"
Zaczynam prześwitywać.

Komentarze
Prześlij komentarz