Wyznania czytelnicze

Nie wierzę w to co zaraz napiszę. Naprawdę! Myślałam, że taki etap w moim życiu nigdy nie nastąpi, a tymczasem budzę się w całkiem zwyczajny wtorek i proszę! Cała rzeczywistość zostaje wywrócona do góry nogami. Wszystkie wartości, postawy na których opierałam swoje życie i siebie samą, charakter, osobowość. Nagle zaczynam kwestionować wszystko, z góry na dół, bo będąc rasowym czytelnikiem właśnie zdałam sobie sprawę, że nie zakochuję się już w postaciach z książek! Nie wyobrażam sobie siebie z nimi, tam albo tu, w pseudo świecie. Jedyne do czego się posuwam to kibicowanie samym bohaterom, shipowanie, kreowanie intryg i inne zgadywanki. Co za koszmar.

A wyłączając tryb melodramatyczny to dla dokładności, uświadomiłam to sobie wczoraj wieczorem. Czytam książki wszelkiej maści - mimo, że jak dotąd przedstawiłam tutaj tylko romanse klasy C - ale od pewnego czasu nie jestem w stanie całkiem w nie wskoczyć. Często się mówi, że ktoś się upił powieścią, że przedstawiona historia/świat całkiem go pochłonął i oczarował. A ja się tylko zanurzam w jeziorze, nie skaczę na główkę. Biorę łyk zamiast wypić całą szklankę.

Strasznie przykra sprawa, bo to oznacza, że nie potrafię się już całkiem odciąć od otaczającego mnie świata. Jak byłam młodsza traktowałam czytanie książek, szczególnie fantastyki, jako odskocznię. Zazwyczaj przyjemną, bo już zaplanowaną. Była gdzieś ze mną ta świadomość, że nawet jeśli ja jestem zaskoczona przebiegiem wydarzeń, to i tak jest ciąg dalszy - na kolejnej stronie albo w kolejnej części. Jestem bezpieczna, bo ta historia ma jakieś zakończenie i to nie ja muszę się o nie starać. To nie ode mnie zależy jak potoczą się losy bohaterów. Nawet jeśli cała seria nie została przetłumaczona na język polski, albo nawet nie jest jeszcze w pełni napisana, na pewno ktoś już wymyślił co będzie dalej. To sprawiało, że czułam się bezpiecznie. 

Teraz już tego nie mam. Są takie sprawy w mojej głowie, których nie umiem wyłączyć czytając najlepiej skrojony kryminał. Poprzestawiało mi się w głowie i wiem, że mogę zamknąć książkę w środku rozdziału i odejść, mogę jej nawet nigdy nie kończyć! a to i tak nie będzie miało wpływu na moją rzeczywistość. Chociaż, tego akurat nie lubię robić. Nawet najgorzej napisaną książkę czytam do końca i tylko czasem zastanawiam się po co.

W każdym razie, jest to tekst żałobny. Po tym, że nie umiem już stracić głowy dla Henry'ego ani zatracić się bardziej w Lokim niż w jego intrygach. Już nawet dawne miłostki nie działają tak samo, bo przestałam myśleć "jak to pięknie byłoby być teraz z panem Herondale" albo doszukiwać się obecności Gilana wśród drzew. Pozostała mi tylko krótka lista ukochanych z serii człowieka, który jedną książką zmienił moje życie, a każdą kolejną oczarował coraz bardziej. Ale o tym innym razem, bo dwa dni temu miała miejsce premiera jego najnowszej książki, a to zobowiązuje mnie do zniknięcia na jakiś czas.

P.S. "Zniknięcia" to nie moja specjalność o czym już dobrze wiemy, ale słowa użyłam celowo. Bo to On jest tą myślą, której nie umiem sobie wyciszyć.

Komentarze