Złote zasady czytania romansów

 Mamy niedzielę - wyjątkowo słoneczną i piękną, co sprawia, że wszystkim nagle odwaliło i wypełniły się wszystkie okoliczne parki, lasy i generalnie parkingi przy terenach zielonych. Tymczasem ja wpadłam, żeby wrzucić w końcu obiecany bardzo dawno temu poradnik, który roboczo nazwiemy "Jak wybrać dobry romans?" - i dla jasności, będziemy rozmawiać wyłącznie o książkach. O tym, że nie każda okładka z nagim torsem to denny erotyk, jak (nie)powinno się pisać historii miłosnych po polsku i dlaczego ilość stron jest bardzo ważna.

Po pierwsze, okładki. Z jakiegoś powodu wydawnictwa uparły się, by każdą z książek z gatunku literatura obyczajowa i romans, ozdobić wyginającym się kobiecym ciałem w bieliźnie ewentualnie umięśnionym torsem jakiegoś strażaka. Zdarzy się też wysoki brunet w garniturze pozujący na milionera albo (o zgrozo) zabawki erotyczne w absurdalnych kolorach. Dlaczego tak jest, nie mam pojęcia, ale zdecydowanie wymieniłabym całą kadrę marketingu, bo takimi okładkami wydawnictwa nie zapewniają sobie czytelniczek w tramwaju ani kupowania książek stacjonarnie. Takie rzeczy nabywa się po cichutku, na czytnik ebooków i to tylko po to, by przeczytać je w fotelu wieczorem i nikomu o tym nie powiedzieć. Przykre, prawda?

A jeszcze bardziej przykre jest to, że te kretyńskie okładki w ogóle nie świadczą o treści jaka jest schowana w środku. Patrząc, myślisz "Tandeta", a w rzeczywistości może się okazać, że jest to dobrze skrojona historia romantyczna dla dorosłych, której ekranizację obejrzałabyś trzy razy. Cała sztuka polega na tym, by umieć rozpoznać słabego projektanta od projektanta, który tylko dopasował się do treści. Przykład: "Napij się i zadzwoń do mnie" czyli okładka, na której znajdziemy najbardziej oklepany wizerunek złego chłopca - tatuaże i mocne spojrzenie + fioletowy napis - a jednak książka jest dobra! "Nie byłaś grzeczna w tym roku" to z kolei okładka we wszystkich słodkich odcieniach różu z dekoracjami świątecznymi w tle i kobietą w negliżu, ale nie do końca. I tutaj opakowanie jest równie denne co zawartość. Co różni projekt pozycji numer jeden i pozycji numer dwa? Minimalizm. "Napij się i zadzwoń do mnie" jest utrzymane w trzech, głównych kolorach. Ma stonowany projekt, którego chwyt opiera się na ubogim, ale jednak skutecznym, działaniu marketingowym pt. "przystojniak". Natomiast "Nie byłaś grzeczna w tym roku" dobrze wie, że nie ma nic ciekawego do zaoferowania, więc kusi okładką, na której widać za dużo. Już w księgarni masz się domyślić, że kobieta jest synonimem namiętności, że akcja dzieje się podczas świąt bożego narodzenia, że będzie dużo scen erotycznych - nic bardziej mylnego.

Po drugie, tytuły. Tu jest trochę pod górkę, bo zazwyczaj są one do bólu dosłowne. Na przykład: "Romans po brytyjsku" będzie faktycznie mówił o romansie z Brytyjczykiem, a "Sprośne listy" o korespondencji listowej z zabarwieniem erotycznym. Tu nie ma czego się doszukiwać. Myk polega na tym, by umieć połączyć tytuł z okładką i na tej podstawie wywnioskować czy warto poświęcać tej lekturze czas. "Romans po brytyjsku" nie bawi się w metafory, widzimy goły tors, osunięte bokserki, mocny czerwony kolor i znaczek w lewym górnym roku, informujący, że jest to popularna seria książek dla dorosłych. Kiedy złączymy te wszystkie informacje przed czytaniem, pewnym będzie, że historia w środku jest erotyczną, bezpośrednią opowiastką o Brytyjczyku i prawdopodobnie "kobiecie z innego świata". Wiemy już, że należy nastawić się na historię lekką, szybką i przyjemną, a Romans taki właśnie jest. Z kolei "Sprośne listy" praktycznie nic sobą nie oferują, poza kolejnym wizerunkiem bad boya, którym, naturalnie, będzie bohater tej książki. Więc jest to jedna z tych pozycji, po które sięgną kobiety z określonymi ciągotkami i jest to zabieg zupełnie celowy, bo historia miłosna tam przedstawiona również jest specyficzna.

Po trzecie, narodowość. Jakkolwiek źle to nie brzmi i nie zabrzmi - nie czytajcie romansów napisanych przez Polki, bo każdy jeden po który sięgam, by przekonać się czy nadal jest tak źle jak kiedyś, przekonuje mnie, iż w tym kraju nie da się dobrze i lekko pisać o miłości. Mamy cudowną poezję i prozę, która łamie serce, z którą utożsamisz się po ciężkim rozstaniu, albo która będzie tak ponadczasowa, że wprost idealna na tatuaż - ale obyczajówek, a tym bardziej erotyków, nikt jeszcze nie napisał w Polsce dobrze. Nie będę mówić o przykładzie oczywistym, ponieważ jest do tego stopnia obrzydliwy (w każdym znaczeniu), że szkoda mi tracić na niego miejsce, więc zamiast tego - kilka słów o autorkach, niestety, popularnych.

"Mów szeptem" Agnieszki Olejnik to teoretycznie Young Adult, teoretycznie romans obyczajowy, teoretycznie kryminał i teoretycznie powieść psychologiczna. W istocie jest to niezwykle głupia, koszmarnie napisana opowiastka bez konkretnej grupy wiekowej, fabuły i pomysłu. Koszmar. Tam jest wszystko co tylko w książce może się nie udać. Absurdalna konstrukcja bohaterów, nierealistyczne przedstawienie współczesnej rzeczywistości, niedopracowane tło dla powieści, laickie potraktowanie schorzeń, problemów i traum, dziecinne ukazanie tajemnicy zawodowej i jeszcze gorsze zawodu psychologa. Nie wspominając już o okładce, która reprezentuje niższy poziom niż plakaty filmów klasy D. Niewiele lepiej jest w przypadku "Kastora" A.Lingas-Łoniewskiej. Składnia na poziomie szkoły podstawowej, odrealnione przedstawienie bohaterów, postacie drugoplanowe równie fascynujące co wydmuszki, suspens mniej udany niż w paradokumencie, przekonanie, że problemy natury psychicznej i traumy przechodzą kiedy tylko powie się "kocham cię". Brr, okropność. 

Po czwarte, grubość książki. Ja wiem, że niektórzy chcą szybciutką lekturę do poczekalni przed wizytą u dentysty, ale "książki" mające 200 stron to jakiś żart. Na 200 stronach nie da się dobrze ani zbudować postaci pierwszoplanowej, ani wywołać więzi emocjonalnej pomiędzy czytelnikiem, a tym co się dzieje na kartach powieści. Optymalna długość romansu na jeden wieczór to jakieś 300/400 stron. Nawet jeśli na czytniku wydaje się być to długością niemożliwą do pochłonięcia, jeśli akcja została dobrze pociągnięta, książka zniknie w mgnieniu oka. Tak się dzieje w przypadku, chociażby "Drania z Manhattanu", któremu spokojnie mogę wystawić 7/10 gwiazdek, bo w 320 stron autorka zbudowała spójną dwójkę bohaterów, których chemia promienieje między słowami i wrzuciła ich do zajęć, i sytuacji, które albo są niemożliwie urocze, albo bardzo zabawne. "Drań" jest książką, której nie chce się kończyć.

Po piąte, serie, a tomy. Książki jak np. "Miłość online" mają jeden tom, a więc są zamkniętą, stosunkowo krótką historią, którą faktycznie jesteśmy w stanie wchłonąć w jeden dzień, a o to zwykle w tym chodzi. Są jednak takie pseudo pojedyncze tomy, które tak naprawdę tworzą serię. I tu trzeba uważać. "Friend Zoned" jest przykładem uroczej, zabawnej pierwszej części pewnej serii, która z góry była zaprojektowana na zmieniających się bohaterów. Jeśli więc polubisz Nicka i Valentinę, nie licz, że spotkasz ich w drugim tonie więcej niż dwa, trzy razy gdzieś w tle. Takie serie cechują się tym, że stopniowo wprowadzają bohaterów do dalszego planu, którzy wydają się na tyle ciekawi, by dostać własną opowieść. To trzeba lubić. Jeśli masz syndrom zakochiwania się w postaciach z drugiego planu, to może być coś idealnego, właśnie dla ciebie!

Tak właśnie przedstawia się pięć, głównych złotych zasad czytania romansów. Tekst chaotyczny, ale obfity w polecajki. Przy okazji wychodzi na jaw jak dużo jest we mnie tandety.. Miłego!

Rurki

Komentarze