Co składa się na film?

 *7 próba napisania wstępu do tekstu, efekt końcowy*

Poszłam sobie w zeszłym tygodniu do kina na film Chloe Zhao, czyli oczywiście "Nomadland" - tegoroczny zdobywca Oscarów w trzech kategoriach. Wchodziłam do sali studyjnej z nastawieniem na coś wielkiego. Nawet nie na sporą ilość wrażeń, ale na coś co mną wstrząśnie, od kadrów po relacje między bohaterami, a nawet jedno, pojedyncze zdanie. Coś co mnie zaczaruje, bo przecież wszyscy mówią o tym filmie tak pięknie! No i się kurczę rozczarowałam.

"Nomadland" to film z pogranicza kina dokumentalnego, a który zdecydowanie jest dramatem. Pokusiłabym się przez chwilę o nazwanie go noc-camerowym, ale było w nim zdecydowanie za mało techniki... generalnie, za mało wszystkiego. 

Opis od dystrybutora mówi, że oto przed nami historia kobiety po sześćdziesiątce, która nagle zmuszona jest porzucić wszystko co posiada, dzięki czemu staje się współczesną nomadką. Jeśli połączyć to z plakatami filmowymi dostępnymi w Polsce - opis uzupełnia nam się o piękny, wieczorowy krajobraz i skupioną kobietę z lampą pośrodku niczego, zatrzymaną na fotografii w pół kroku. Spójrzmy dalej, na plakat z Grecji: główna bohaterka siedzi na składanym krześle ogrodowym, pali papierosa na tle oszałamiającego, górskiego krajobrazu, a nad jej głową suszy się wyprana bielizna. Może jeszcze plakat z USA, czyli tablice rejestracyjne "NMDLND" na białym tle. 

To wszystko pozwoliło mi, jako widzowi, wchodząc do sali kinowej pomyśleć, że, po pierwsze, przyda mi się paczka chusteczek, po drugie - wyjdę z seansu jako inna osoba. Cóż, chusteczki się przydały do mięcia w dłoni ze zniecierpliwienia, a z sali wyszłam niemożebnie zmęczona. Liczyłam na film o człowieku, o stracie, o naturze, o instynktach, o minimalizmie, o społeczeństwie, o lękach, potrzebach, sile. A jedyne co widziałam na ekranie to Frances McDormand wcielającą się w Fern.

Uważam, że to straszne, jeśli jedyne co mam do powiedzenia o filmie to kilka zdań na temat gry aktorskiej jednej osoby. I żeby nie robić recenzji "Nomadlandu", bo uważam, że zwyczajnie nie ma o czym pisać (na Filmwebie wrzuciłam mu 6/10 i ciągle mnie gryzie, że chyba za mocno zawyżyłam) chcę zadać pytanie - co składa się na film? Co czyni film, filmem, opowieścią a nie historią? Gdzie zaczyna się fabuła, a gdzie kończy się przedstawienie postaci? Czy można mówić o momencie kulminacyjnym w retrospekcji? Kiedy zbliżenia, półzbliżenia i montaż generalnie stają się składową, a nie wyłącznie czymś niezbędnym technicznie? 

Najświeższy film jaki ostatnio obejrzałam to "Joker" z 2019 roku, zdobywca dwóch Oscarów i całego mnóstwa innych nagród, więc mówiąc ogólnie i po łebkach, produkcja idealna, by porównać ją z "Nomadlandem". Uwaga, będą spoilery.

"Joker" to oczywiście film należący do uniwersum Batmana i całość jest szyta grubymi, nerdowskimi nićmi - ale to jest idealne, bo dzięki temu powstają nam dwa filmy. Pierwszy, dostępny dla wszystkich to opowieść o  zaburzonym mężczyźnie, który całe swoje życie chciał zostać komikiem, bo od dziecka słyszał, że urodził się by bawić ludzi. Matka mówiła mu, że jest światłem i że jego misją jest szerzyć swój blask i on rósł wedle tych słów, dorastał z nimi/ dla nich, a to wszystko w Gotham City - mieście podziałów społecznych, strajków robotniczych, brudu, narkotyków i kłamstw mieszających się z aspiracjami i klasą. Drugi film, dla wtajemniczonych w uniwersum, to festiwal wstrzymanego oddechu. Doszukiwanie się znaczeń, śmianie z powiązań, bycie o pół kroku przed całą fabułą, tylko po to by za kilka minut zostać zupełnie w tyle, bo oto przez jeden moment wszyscy uwierzyliśmy, że najgroźniejszy wróg Batmana jest jego przyrodnim bratem.

Natomiast już czysto technicznie. "Joker" to uzupełniająca się doskonała gra aktorska Phoenixa ze znakomitym scenariuszem. To opowieść, która staje się fabułą i odwrotnie. Tam żaden kadr nie jest przypadkowy, żadne przejście - zauważyliście, że wszystkie zegary zostały zatrzymane na godzinie 11:11? Wszystkie, co do jednego. A jeśli połączymy to z Arthurem idącym białym korytarzem pod koniec filmu oraz Arthurem, który na początku tłumaczy "terapeutce", że lepiej mu było w szpitalu, z którego dopiero co wyszedł... a więc to wszystko działo się w jego głowie, tak? 
Cudowne niedopowiedzenie dla uważnych widzów, a jednocześnie film z pełnym zakończeniem! Tu nie ma mowy o "Incepcji", której zadaniem było wyprowadzić nas w pole przy każdej okazji. Tutaj mamy styczność wyłącznie z genialnym zabiegiem technicznym. 

Podsumowując, "Joker" to wybitna rola aktorska głównego bohatera, powiedzmy, że tak samo jak w przypadku "Nomadlandu". "Joker" to fabuła, którą da się opowiedzieć na podstawie wydarzeń w tle i koniugacji między bohaterami, a także ich przeszłości i generalnie charakterów. "Nomadland" to film, który streścimy w jednym zdaniu, chyba, że chcemy cytować rozmowy, wtedy w siedmiu. "Joker" to kino pełne technicznie, chociaż nadal statyczne i spokojne, "Nomadland" cechuje nadmierna rozciągłość kadrów i nic poza tym. W "Jokerze" mamy do czynienia z autorską, charakterystyczną muzyką - z "Nomadlandu" nie pamiętam pojedynczej nuty. "Joker" od niechcenia skłania do refleksji nad człowiekiem, osobowością, sprawiedliwością, zaburzeniami. Na "Nomadlandzie" wzdycha się z zażenowania nad banalnością rzucanych między oczy mądrości. "Joker" to zbiór postaci, którym się kibicuje, albo takim które budzą przerażenie, albo tym które nas wyłącznie odpychają - lub wszystkim po trochu, jak tytułowy bohater. "Nomadland" to bohaterka, choć dobrze wykreowana przez McDormand, to taka, nad której imieniem trzeba się trochę zastanowić nim się ono przypomni.

A teraz słucham - co składa się na film?

Rurki

P.S. Jeśli kogoś to ciekawi, oglądałam też ostatnio najnowszą Netflixową bajkę tj. "Smok życzeń" - absolutnie beznadziejna i denna; "Między słowami" z Johansson, który jest niezłym filmem, ale ewidentnie mu czegoś zabrakło i w temacie kina opowiadającego o samotności powstały dużo lepsze produkcje; "Yesterday" czyli mocno przeciętną komedyjkę muzyczną po której spodziewałam się znacznie wyższego poziomu oraz "Basię z Podlasia" - pierwszej klasy krótkometrażową, polską satyrę czerpiącą z tylu technik i stylów, że zaśmiewa się jeszcze głośniej.

Komentarze