Przestrzeń podskórna
Kiedy dzieje się coś, co - tak jak w tym wypadku - usuwa mi na choćby krótką chwilę grunt mam pod powiekami film. Praktycznie od razu, bo kiedy znika mi grunt czuję jakby coś wciągało mnie pod powierzchnię, jakbym spadała i wtedy powstaje to uczucie, które mój organizm nauczył się przekształcać w kadry, w historie. Swoisty mechanizm obronny..
I dzisiaj zobaczyłam kobietę w średnim wieku, w czarnej, długiej sukience, która tańczy walca na drodze pomiędzy polami uprawnymi. Jest sama, ma przymknięte oczy i poza tym jej twarz jest wręcz kamienna. Potem była inna kobieta, filmowana pod światło na tle zachmurzonego nieba. Wiatr rozwiewał jej loki, unosiła czasem dłoń żeby osłonić oczy przed słońcem. Widziałam też torbę podróżną postawioną tuż przy kimś, na peronie. Zaraz potem rozciągał się jej uchwyt i znikała w pociągu, a pociąg - w przyspieszonym tempie umykał za zakrętem. Widziałam tam nawet siebie, w garniturze, opartą o blat w kuchni, moczącą usta w kawie. Nawet jej nie piłam, po prostu trwałam trzymając kubek tuż przy ustach. Nie patrzyłam w kamerę, żadna z postaci w filmie nie patrzyła.
Nie było lektora, ani dialogów. Narracja przeprowadzona na białych napisach u dołu ekranu. A oprócz nagranego wiatru, dźwięków z dworca czy zgrzytania piasku i ziemi pod butami, dało się słyszeć w tle solową gitarę. Mało oryginalne, wiem, ale razem tworzy to naprawdę ładną melancholię.
Nadałam mu tytuł "Nieludzkie przestrzenie", bo z opisanych kadrów, jak i kilkudziesięciu innych, powstałaby opowieść o tym, że nigdy; zawsze; w przyszłości - to wszystko jest jak bardzo daleko położone od nas planety. Absolutnie nieosiągalne, niezdolne do pojęcia, choćby teoretycznego. Bo czy istnieje pełna definicja zawsze? Coś co będzie codziennie, przez całą resztę życia? - a co jeśli jutra nie będzie? Nie można odwoływać się do wieczności, bo nie mamy o niej najmniejszego pojęcia.
Najgorsze jednak jest to, że nie mam jak zrealizować tego filmu. Nie mam ludzi, którzy zgodziliby się wystąpić przed kamerą, a już zwłaszcza takich, którzy rozumieliby o co w tym wszystkim chodzi. Jaka emocja mną kieruje i dlaczego będziemy pracować w ciszy, bo przecież emocja nie może być do tego stopnia dławiąca. A jednak.
Więc siedzi to we mnie, przytłacza cały mój organizm łącznie z duszą i dzisiaj nie odejdzie. Może jutro, oby, bo w zasadzie jest to tylko pozostałość po tym co było kiedyś, a co od dłuższego czasu wiem, że nie wróci. Trudno było mi napisać "wiem, że On mnie nie chce, nie w taki sposób", ale ja to już miałam w sobie. Czułam, wiedziałam. Podświadomie. Musiałam się tylko po raz kolejny przyznać przed samą sobą, że nic się nie zmieniło i się nie zmieni.
Ale jednocześnie nic nie poradzę na to, że nieustannie odtwarzam "Happier", bo nie znajduję autorskich słów, żeby określić co czuję. Nieustanna przyczyna pęknięć na moim sercu... Tylko po co mi ono skoro i tak nie jest ze mną.
Rurki
P.S. Przynajmniej już wiem czemu jedna w rodzinie mam niebieskie oczy. Żadna tam genetyka, one po prostu dopasowały się do smutku jaki w sobie noszę.
Komentarze
Prześlij komentarz